Thunderbolts*
Zostaliśmy mile zaskoczeni najnowszą linią (anty)bohaterów Marvela. Czy MCU w końcu wraca na właściwe tory?
Kody Avengers zniknęły. Niedostępny. Brakujący. Odnosi się to zarówno do widzów filmowych, jak i do postaci, które zaludniają Marvel Cinematic Universe. Nikczemna szefowa CIA grana przez Julię Louis-Dreyfus, Valentina Allegra de Fontaine, przejęłaAvengers Tower władzę w Nowym Jorku i wykorzystuje wypalonych pracowników, aby oczyścić swoje niezliczone eksperymenty po tym, jak Kongres USA próbuje ją wrobić. Jedną z tych "sprzątaczek" jest Jelena Biełowa (Florence Pugh), która po śmierci siostry nie do końca się odnalazła. Jednak wraz z grupą innych dziwacznych antybohaterów z listy C, takich jak nieudana kandydatka na Captain America i jej żenujący ojciec radziecki superżołnierz, znajduje coś, o co warto walczyć, gdy najmroczniejszy sekret Valentiny wychodzi na powierzchnię.
Od Endgame sprawy tak naprawdę nie posunęły się do przodu - narracyjnie rzecz biorąc. Mieliśmy wprowadzenie za wprowadzeniem nowych potencjalnych bohaterów, którzy mogliby przejąć pałeczkę, ale nic tak naprawdę nie utkwiło w umysłach widzów filmowych, a niektórzy fani całkowicie się sprawdzili. Z drugiej strony, Thunderbolts* ma być pomostem do następnej ery Marvel i na kilku poziomach odpowiedź Marvel na Suicide Squad faktycznie potrafi zaangażować i bawić. Dzieje się tak dzięki nieco mądrzejszemu niż zwykle scenariuszowi, który skupia się bardziej na szarych strefach niż na awanturniczej akcji, chociaż pod koniec jest tego trochę.

Hannah John-Kamen wnosi dużo życia i energii do skądinąd dość płaskiej postaci.
Thunderbolts* jest dobrze przemyślane, jeśli chodzi o antagonistę. Filmowy złoczyńca jest równie łatwy do sympatyzowania, co do strachu i znajduje się w centrum głównego konfliktu filmu. Ale prawdziwym antagonistą filmu jest, co ciekawe, choroba psychiczna. Kilkoro bohaterów jest głęboko przygnębionych i na pierwszy rzut oka wiele z nich jest wyśmiewanych, ale w środku te komiksowe postacie bardzo cierpią. Niestety, nie wszystkim postaciom udaje się być tak trójwymiarowymi, ale bardzo podoba mi się dynamika tych niedopasowanych antybohaterów. Pugh jest szczególnie genialna jako głęboko nieszczęśliwa Widow w i tak już solidnej obsadzie.
Film opowiada o niekończącej się pustce, która pojawia się po latach psychicznego obciążenia i nabiera przerażającego efektu, gdy przejawia się w formie fizycznej. To odświeżająca koncepcja, która ratuje Thunderbolts* przed byciem typową Marvel przeciętnością. Zazwyczaj kopanie i bicie pięściami jest rozwiązaniem wielu problemów w filmach Marvel, ale w tym filmie potrzeba czegoś więcej niż tylko przemocy fizycznej, aby przezwyciężyć prawdziwy problem: depresję.

To powiedziawszy, logika filmu jest nieco słaba, co jest niestety powszechną cechą tych filmów. Uważam też, że humor nie zawsze trafia, zwłaszcza gdy dorośli bohaterowie czasami mówią jak sarkastyczne nastolatki. Niektóre elementy sprawiają wrażenie lekko wymuszonych. Pozostaje również niesmak po tym, jak twórcy filmu pozbywają się pewnej postaci, gdy tylko zostanie wprowadzona. Czy bolesna historia tej postaci naprawdę nie była warta opowiedzenia? Wydawało mi się, że to niepotrzebne marnotrawstwo.
Jednak jako całość Thunderbolts* zdołał mnie zaskoczyć. To prawda, że musisz odrobić pracę domową, aby zrozumieć, kim jest na przykład Walker, ale jest to film napędzany, który nie zawiera nudnej sekundy i porusza nieco bardziej prowokujące do myślenia tematy niż przeciętny film Marvel. Jedynie zwrot akcji pod koniec filmu (są dwie sceny po napisach) jest ciekawszy niż Marvel doświadczenia ostatnich lat. Innymi słowy, Thunderbolts* (tak, ta gwiazdka ma swój sens) jest ciosem powrotnym, którego ten wszechświat potrzebował, aby ożywić zainteresowanie przyszłymi filmami Avengers.
Gamereactor Polska