The Marvels
Ostatni kinowy film Marvel Cinematic Universe w 2023 roku jest tutaj, ale czy jest to punkt zwrotny, którego Marvel tak desperacko potrzebuje?
Marvel Cinematic Universe jest w swoim pierwszym prawdziwym kryzysie i szczerze mówiąc, zawsze się tam na horyzoncie. Fakt, że stało się to znacznie szybciej niż oczekiwano ze względu na doładowanie produkcji treści przez Marvela, a może zwłaszcza Disneya, za pośrednictwem seriali na Disney+, jest nieco nieistotny. Nie da się w kółko wtłaczać do kina spójnych, powiązanych narracyjnie historii o superbohaterach, żeby w końcu nie pojawiło się zmęczenie psychiczne.
Spadająca sprzedaż kin, przeciętne recenzje od niegdyś znacznie bardziej entuzjastycznej publiczności i coraz bardziej apatyczna globalna baza fanów - co z tym zrobić? Cóż, to jest pytanie, pytanie, na które Marvel najwyraźniej odpowiada, badając różne rozwiązania, alternatywne konfiguracje, a nawet zmieniając masterplan.
Ale nie jest to oczywiste w The Marvels, filmie, który trafia w trochę złym momencie, ponieważ sam został zabity drogimi powtórkami, pochłaniającym wszystko budżetem prawie 250 milionów dolarów (niektórzy twierdzą) i reżyserem, który podobno zmienił projekty z miesiącami pozostałymi w postprodukcji. To wszystko jest trochę niefortunne.
Czy ma to wpływ na The Marvels, który technicznie jest czymś w rodzaju Captain Marvel 2, ale służy również jako film zespołowy dla Ms. Marvel, Moniki Rambeau (z WandaVision) i superbohaterki Brie Larson?
Tak, to krótka odpowiedź. The Marvels jest prawdopodobnie najbardziej zagmatwanym tonalnie i chaotycznym filmem MCU do tej pory, nie działającym ani jako kontynuacja historii trzech superbohaterek, ani jako rozdział MCU (poza być może najbardziej przełomową sceną po napisach w historii), ani jako samodzielna kosmiczna pseudo-komedia akcji.
Danvers zostaje wyciągnięta ze swojej samotnej pozycji kosmicznego policjanta, znajdując się w ciekawej sytuacji, w której fizycznie zamienia się miejscami z Monicą Rambeau (znaną z WandaVision) i Kamalą Khan aka Miss Marvel za każdym razem, gdy używa swoich mocy opartych na świetle. Dzieje się tak dlatego, że Kree znów to robią, tym razem pod wodzą Supremora Dar-Benna, który odblokowuje gatunek tuneli czasoprzestrzennych, które destabilizują całą galaktykę. W ten sposób powstaje The Marvels, a w stosunkowo krótkim czasie trwania wynoszącym godzinę i 45 minut jest miejsce na mnóstwo wymuszonych żartów, nierównej akcji i dziwnych sekwencji, które wydają się raczej wymyślone niż organiczne.
The Marvels to pracowity film. Nie chodzi o to, że to zdecydowanie złe, gdy duży film trwa mniej niż dwie godziny, ale musi być do tego zaprojektowany, a nie pocięty lub pocięty na kawałki. Relacje nie rozwijają się organicznie, film jest trochę zbyt lekki w wciągającej akcji, która wydaje się niezręcznymi przerwami między pozostałymi elementami zestawu, a filmowi nigdy tak naprawdę nie udaje się działać jako powrót postaci Captain Marvel w szczególności.

Szkoda, bo The Marvels ma tu i ówdzie całkiem niezłe pomysły. Trójka głównych bohaterów zamienia się miejscami i tworzy kilka komediowych momentów tu i tam, rodzina Kamali Khan, która ma zaskakująco dużo czasu ekranowego, dostarcza za każdym razem i są małe pomysłowe sekwencje, które, jeśli nic innego, próbują popchnąć zwykłą formułę superbohatera w innym kierunku niż zwykle. Ale to po prostu nie wystarczy, a na każdą efektywną wymianę przypada zbyt wiele rzeczy, które pozostają niedopowiedziane, niedopracowane lub nieodpowiednio ostre.
Być może ważniejsze jest to, że żaden z trzech głównych bohaterów nie dostaje żadnego solidnego materiału do pracy. Larson jest zaskakująco powściągliwy i czasami wręcz pozbawiony inwencji, i nie wydaje się szczególnie zaangażowany w rolę, nawet gdy scena płynie i nadszedł czas, aby zadać emocjonalny cios. Jest znakomitą aktorką, ale tutaj się sprawdziła. Nawet wspaniała Iman Vellani jest tak samo czarująca jak zawsze w roli Ms. Marvel, ale stopniowo zostaje zredukowana do parodii samej siebie, gdy staje się coraz bardziej jasne, że scenarzyści uwięzili ją w roli zdesperowanej fangirl. Rambeau ma jedne z najlepszych momentów, ale krótki czas trwania i ograniczona ilość miejsca na scenie, złożone motywacje i historia sprawiają, że wszystko wypada raczej płasko.
Czarny charakter Dar-Benn, grany przez Zawe Ashtona, jest najgorszy. Jest czymś w rodzaju rozwodnionego Ronana Oskarżyciela z Guardians of the Galaxy i chociaż cel nienawistnego oblężenia reszty galaktyki jest zrozumiały, jest niczym innym jak jednolinijką.

Połącz to z niezapomnianą muzyką, nierówną animacją komputerową i całkowicie pogmatwanym tonem, który gwałtownie waha się między skrajnościami, które wydają się nie służyć żadnej prawdziwej całości ani konkretnej tożsamości, a otrzymasz dziwnie anonimową zabawę, która nie wyciąga Marvela z bagna, w którym obecnie się znajdują. Po Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings byłem głęboko przekonany, że udane i wymagające twórczo MCU może istnieć po Endgame, ale The Marvels jest kolejnym znakiem, że obecny kryzys gospodarczy i kreatywny jest, jak to się mówi, "bestią własnego dzieła".
Gamereactor Polska