The Bay
Córka Clinta Eastwooda wyrusza w koszmarną podróż i przewraca się wśród rekinów tygrysich w Tajlandii.
I oto znowu jesteśmy: recenzja nowego filmu o rekinach. Ostatnio był to Water Park Shark, a wcześniej Renny Harlin's Deep Water. Teraz czas na The Bay, którego, nawiasem mówiąc, nie należy mylić z przeciętnym horrorem found-footage Barry'ego Levinsona z 2012 roku. Tutaj zamieniamy ocalałych z katastrofy lotniczej i spanikowanych odwiedzających park wodny na wycieczkę do rezerwatu rekinów w rajskim otoczeniu.
Fabuła:
Najlepsze przyjaciółki Emma i Lani podróżują do Tajlandii na ślub w pełnym miejscu. Tam spotykają uroczego Mandala, który zaprasza ich na rejs łodzią do rezerwatu rekinów tygrysich bez zasięgu mobilnego. Niedługo potem następuje katastrofa: łódź zaczyna tonąć i ogarnia panika.

Córka Clinta Eastwooda żałuje, że nie zabrała Magnuma. Albo jej tata, który mógłby przestraszyć rekiny surowym spojrzeniem.
Możesz sobie wyobrazić tę scenę. Tonąca łódź, spanikowani ludzie i tuzin rekinów w wodzie. Założenie jest proste, ale zabawne. Film został napisany i wyreżyserowany przez Phila Volkena, który jest także autorem "Morza Martwego" i "Wymuszenia", których jeszcze nie widziałem.
W głównej roli Emmy widzimy Francescę Eastwood, córkę Clinta, która wcześniej występowała w filmach takich jak M.F.A. i dość głupkowatym Oldu Shyamalana. Wiem z doświadczenia, że jest całkiem dobrą aktorką, nawet jeśli tutaj może to nie być widoczne, ale to pewnie głównie zasługa scenariusza i reżyserii. Jej przyjaciółkę Lani gra Dani Oliveros, a Mandal Alexander Wraith, który pojawił się m.in. w kilku odcinkach Orange Is the New Black.
Zacząłem oglądać The Bay bez żadnych oczekiwań. Nawet bez obejrzenia zwiastuna można było skreślić film z góry jako kolejny z długiej listy przeciętnych, głupich prób thrillerów opartych na rekinach. I prawda nie jest daleka od tego. Od samego początku jest jasne, że wszelkie oczekiwania czy nadzieje można odłożyć na bok. Scenariusz pozostawia wiele do życzenia, podobnie jak dialogi. Aktorstwo, jak wspomniano wcześniej, jest co najwyżej kompetentne. Nic się nie wyróżnia. A raczej, jedna rzecz tak jest: sceneria. Mamy okazję podziwiać piękne krajobrazy. A rekiny to nie są okropne potwory CGI. Są całkiem dobrze wykonane – być może miejscami nawet nie są generowane komputerowo?

Ta randka na Tinderze nie poszła tak, jak się spodziewałem
Niektóre sceny mają pewną ostrość, ale nie na tyle, by trzymać w napięciu. Mimo wszystko, jest całkiem zabawny, biorąc wszystko pod uwagę. Przynajmniej w większości. Ale są też dziury fabularne i postacie, które zachowują się tak niesamowicie głupio, że tylko przewracasz oczami. Może to po prostu część gatunku, ale z pewnością byłoby miło oszczędzić sobie zagadkowego pytania typu "dlaczego od razu płynie kanoe do tonącej łodzi, zamiast wiosłować do domów, które widział, by wezwać pomoc?"
Jest kilka takich szczegółów, które skutecznie łagodzą napięcie. Ale chcę to jasno powiedzieć: The Bay nie jest w swojej istocie szczególnie ekscytującym filmem, mimo fabuły i poczucia wrażliwości. Wszystko zależy od egzekucji. Nie obchodzi cię postacie, nie ma tu poczucia niepokoju, a poza sporadyczną nerwową sceną, film głównie po prostu pływa w wodzie (gra słów zamierzona).
Nie chcę nazywać The Bay zmarnowaną szansą, bo nie sądzę, żeby ktoś podchodził do tego z oczekiwaniem jakiejkolwiek prawdziwej jakości. Mimo to nigdy nie przestaję mieć nadziei na kolejny naprawdę dobry, stresujący i krwawy horror o rekinach. Nie będzie nazywana The Bay – wiele jest pewne. Ostre słowa na bok, jest w tym pewna wartość rozrywkowa, choć byłoby kłamstwem twierdzić, że jest wart dziewięćdziesięciu minut życia.
Gamereactor Polska