Silent Night
John Woo celuje w box office jednym z najbardziej nijakich filmów akcji roku.
Minęło już około 20 lat, odkąd legendarny reżyser akcji John Woo po raz ostatni próbował szczęścia w Hollywood, co zaowocowało serią uroczych filmów. Face/Off, Mission Impossible 2 i Broken Arrow, żeby wymienić tylko kilka, zanim zakończył swoją trasę po USA fantastycznie przeciętną wypłatą w połowie 2000 roku i zakończył ją dniem. Cięcie, ciach, cięcie - koniec historii, prawda?
Nie, nie do końca, i w sam raz na święta sezonu, Woo przygotował jeden ze swoich zwyczajowych, opatentowanych, twardych jak skała bangerów. Wypełniony po brzegi wszystkim, co przez lata go definiowało i stało się jego tradycyjnym znakiem rozpoznawczym. Rozbudowana krwawa akcja zmieszana ze scenariuszem rodem z opery mydlanej - w równych częściach Tre Kronor i Szklana pułapka, prosto do blendera, serwowane i okraszone skandalicznie ostrymi zbliżeniami.
To formuła, która sprawdziła się w przypadku Woo, nawet jeśli nigdy nie udało mu się prześcignąć swoich dni chwały z końca lat 80. dzięki przełomowym filmom "The Killer", "A Better Tomorrow" i "Hard Boiled". Potężne dziedzictwo, któreSilent Night, co nie jest zaskoczeniem, nigdy nawet nie zbliża się do osiągnięcia sukcesu, nawet jeśli od czasu do czasu dają o sobie znać klasyczne znaki rozpoznawcze reżysera
.
Ponieważ, podobnie jak w wielu innych filmach Woo, zemsta jest głównym tematem, a niemy Brian Godlock, tutaj grany przez Joela Kinnamana, wyrusza na poszukiwanie gangsterów, którzy zabili jego syna, i nigdy nie staje się to bardziej skomplikowane. Na dobre i na złe, to, co następuje - podobnie jak to, co zaserwowano nam już pięćdziesiąt jedenaście tysięcy razy - to przemoc, eksplozje i absurdalne ilości bang-bang.

Innymi słowy, nic nowego pod słońcem, jeśli znasz już Woo lub niedawną falę filmów gun-fu. To, czy jest to pozytywne, czy negatywne, zależy od tego, jak bardzo jesteś zmęczony gatunkiem, a to nie jest tak, że Silent Night wnosi wiele nowego do stołu. Wszystko, co jest tutaj serwowane, to wariacje lub kopie scen, które najprawdopodobniej już widziałeś.
Niestety, nie tylko zawartość Silent Night śmierdzi materiałem kompostowym z recyklingu, ale także wykonanie. Woo, zwykle znany ze swoich stylowych scen akcji, jest tutaj dziwnie nudny i szary. Z kamerą, która pędzi dookoła i nigdy nie pozwala jej zatrzymać się na przemocy. Wydaje się tani i schludny w sposób, który po prostu nie łączy się zbyt dobrze z tym, co (podejrzewam) Woo naprawdę chce osiągnąć za pomocą Silent Night.
Ale największym grzechem głównym jest fakt, że milcząca rola Kinnamana nigdy nie jest tak naprawdę wykorzystywana do niczego specjalnego, a postać ta jest w ten sposób zredukowana do kolejnego z wielu cichych mścicieli, których widzieliśmy już w setkach innych filmów - wybór stylistyczny. Rozsądne jest więc, że nawet tytuł jest czymś, co zostało już użyte w wielu innych filmach na przestrzeni lat, a tym samym przyczynia się jeszcze bardziej do pozbawionego tożsamości bałaganu, który Silent Night niestety reprezentuje.
Wszelka nadzieja na to, że będzie to w jakiś sposób nowy renesans dla Johna Woo, zostaje w ten sposób rozwiana. Nie jest to długo oczekiwany powrót reżysera, na który wszyscy potajemnie liczyliśmy, a Silent Night nigdy nie udaje się osiągnąć nawet najniższego poziomu z ostatniego występu Woo w Hollywood. Bo to jest po prostu złe, wyświechtany egzemplarz przeznaczony do najbliższej reedycji w połowie terminu.
Zrób sobie przysługę i pomiń Silent Night. To prezent pod choinkę, o który nikt nie prosił i to prawdziwy zgrzyt, który śmierdzi od początku do końca, całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek artystycznej tożsamości i z absolutnie okropnym "scenariuszem". To odpowiednik Johna Wicka w Eldorado, przeznaczony do najbliższego kosza z okazjami.
Gamereactor Polska