Invincible: Guarding the Globe
Mark Grayson i jego zły kosmiczny tata przejęli iPhone'a 14 Pro Max Pettera i nie jest pod wrażeniem.
Kiedyś grałem dużo w Star Wars: Galaxy of Heroes. Nie żeby była to szczególnie niezwykła gra, ale zawierała stosunkowo głęboki system gry, który łączył walkę z góry z aktualizacjami postaci i spersonalizowanymi atakami w sposób, który wraz ze świetną atmosferą sprawił, że zostałem. W każdym razie na chwilę. Marvel Strike Force opierał się na tym samym podstawowym pomyśle i był w dużej mierze kalką, z którą również spędziłem trochę czasu. Wymuszone częste prośby o wymianę mikro gadżetów na prawdziwe pieniądze i ilość czystego grindu, który zawierał, sprawiły, że byłem zmęczony, ale podobnie jak w przypadku Galaxy of Heroes były zalety, których nie można było zignorować.


Invincible: Guarding the Globe jest kalką Galaxy of Heroes i Strike Force, pod każdym możliwym względem. Kierownictwo Ubisoftu umieściło mały, szalony mini-zespół odpowiedzialny za kradzież każdego elementu tych tytułów, ale zapomniał stworzyć jakąkolwiek własną tożsamość lub wartość pod względem rozgrywki, której w tym przypadku raczej brakuje. Konfiguracja jest prosta. Armie Flaxan najechały Ziemię i to od Marka Graysona i jego superbohaterskich towarzyszy zależy, czy oczyszczą ulice z tych galaktycznych śmieci.
Wybierasz, które postacie chcesz zabrać do bitwy i na jakiej pozycji w twoim składzie powinny się znajdować, a następnie obserwujesz, jak automatycznie "wykonują swoją pracę" i po prostu masz nadzieję, że wygrają. Nie możesz walczyć sam, używając różnych kombinacji przycisków, nie możesz dostosować swoich ataków, jak w Galaxy of Heroes, nie możesz grać ze znajomymi, jak w Strike Force, i nie możesz zmusić swoich bohaterów Invincible do łączenia swoich ataków, aby zadać jeszcze większe obrażenia, jak w grze Marvela. Ubisoft porzucił wszystko, co dobre w grach, które skopiowali, a to oczywiście zaowocowało rozgrywką, która nie tylko oferuje prawie zerową interaktywność, ale jest tak monotonnie bezsensowna, że wydaje się, jakby zegary się zatrzymały.

Każda bitwa jest taka sama, a raczej identyczna. Wrogowie są kopiowani między bitwami i po kilku godzinach z Guarding the Globe mogę szczerze powiedzieć, że od kilku lat nie recenzowałem czegoś tak groteskowo monotonnego, jak to. Bohaterowie robią swoje, gdy patrzysz, historia jest bezsensownie luźna i opowiedziana w formie nieruchomych obrazów plus pola tekstowe, a atmosfera zdecydowanie za mało tchnie Invincible. Nie pomaga fakt, że Ubisoft umieścił wystarczająco dużo natrętnych mikro-nagłówków, że gra prawie pęka. Za każdym razem, gdy ty i twoi bohaterowie przegrywacie bitwę, pojawia się okno z informacją, że musisz dalej ulepszać swoich bohaterów, a gdy skończy ci się waluta na zakup tych ulepszeń, zostaniesz automatycznie przeniesiony do kategorii sklepu, w której można wydać tysiące dolarów na pieniądze i biżuterię, które są wymagane, aby przejść przez następną bitwę bez dodatkowego "grindowania" i cofania się. Z pewnością możliwe jest rozmieszczenie swoich bohaterów w serii mniejszych misji GDA, a tym samym, bez konieczności siedzenia i oglądania nieszczęścia, przyciągnięcie dodatkowych pieniędzy do portfela, ale dla tych, którzy chcą iść do przodu, walczyć z bossami i unikać hakowania jasnożółtych klonów w tysiącach za kioskiem z hamburgerami, To mikro zakupy są tutaj wymagane.

Pod wieloma względami szkoda, że Ubisoft zdecydował się w ten sposób wykorzystać z pewnością kosztowną licencję Invincible. Konfiguracja nie pasuje do Invincible i jego postaci, mechanika gry jest tak zautomatyzowana, że nigdy nawet nie czuję, że biorę udział jako gracz, a historia jest absurdalnie cienka i nieciekawa. Zamiast tego, oczywiście, powinni byli zbudować pełnoprawną wielką grę a'la Marvel's Spider-Man, przesiąkniętą charakterem, korupcją, grą o władzę, złem, krwią i międzygalaktyczną śmiercią. Mark Grayson i jego super tatuś na to zasłużyli.
Gamereactor Polska