Frankenstein
Po 20 latach ciężkiej pracy twórca "Labiryntu fauna" w końcu nakręcił film na podstawie swojej ulubionej książki. Frankenstein (2025) jest tutaj i jest to zdecydowanie najlepszy film oparty na oryginalnym materiale Shelleya, jaki kiedykolwiek powstał...
Elegancki, piękny, gotycki horror przesiąknięty przesadnie zaprojektowanym mrokiem i misternie szczegółową estetyką jest znakiem rozpoznawczym Guillermo Del Toro od dziesięcioleci. Od Hellboya po Labirynt Fauna, aż po przepiękny Kształt wody i Karmazynowy Szczyt, hiszpański wizjoner raz po raz udowadniał, że potrafi wydobyć z siebie najbardziej niezwykłe opowieści, jeśli tylko da mu się na to szansę. Co, w przypadku adaptacji kultowej, nieśmiertelnej opowieści Mary Shelley o potworze Frankenstein, nigdy mu się nie udało. W każdym razie nie do teraz, po zwabieniu Netflixa i nakłonieniu go do rozwidlenia swoich nieskończonych portfeli. Wcześniej Del Toro pracował przez prawie 20 (!) lat, próbując zekranizować swoją ulubioną książkę. A teraz w końcu jest.

Oscar Isaac jest naprawdę znakomity w głównej roli jako Baron Victor Frankenstein.
Nic dziwnego, że już na początku trwającej dwie godziny i 29 minut sagi o doktorzeFrankenstein i jego upiornym tworze staje się jasne, że Guillermo Del Toro jest znacznie mniej zainteresowany horrorowym aspektem 200-letniej książki Mary Shelley, a bardziej romantyczną poetyką. W sposobie, w jaki wybrał interpretację słów Shelleya, jest coś podobnego do Johna Miltona i w przeciwieństwie do jakiejkolwiek innej adaptacji tego samego materiału źródłowego, udaje mu się celebrować, szanować i pozostać blisko materiału źródłowego, jednocześnie podnosząc część historii, której teraz, po obejrzeniu filmu, nie do końca rozumiem, dlaczego nigdy wcześniej tego nie zrozumieliśmy. Pojawia się tu konsekwentna refleksja filozoficzna na temat tego, co trzeba zrobić, aby być człowiekiem. Jest tragedia i romans, który przenika każdy kadr, a jednocześnie mrok, który buduje ten gotycki klimat, z którego Del Toro (jak już wspomniałem) zasłynął.

Zdjęcia są znakomite i bez wątpienia zdobędą Oscara.
Frankenstein (2025) jest podzielona na trzy odrębne rozdziały i rozpoczyna się epilogiem, w którym ranny, zakrwawiony Baron Victor Frankenstein jest ścigany przez własną kreację po pięknym lodzie. Następnie Del Toro stylowo przeskakuje do rozdziału zatytułowanego Victor's Tale, a następnie wrzuca mnie jako widza dalej w The Creature's Tale, co oczywiście daje wgląd w sposób myślenia potwora i desperackie polowanie na jego stwórcę, jako bezpośredni kontrapunkt dla poprzedniego rozdziału. Naprawdę nie chcę mówić zbyt wiele o tym, jak skonstruowana jest tutaj ta historia, ani na których częściach książki Del Toro skupia się w szczególności, ale wystarczy powiedzieć, że jasne jest, że Guillermo od 2005 roku pracuje, choćby tylko w swoim umyśle, nad tym, jak idealnie wybrałby strukturę filmowej adaptacji swojej absolutnie ulubionej książki. Jest tu elegancja opowiadania historii i umiejętność dramaturgicznego ustalania priorytetów, która wciąż powraca do tematu, z którym Del Toro mierzy się już od czterech filmów: co to znaczy być człowiekiem?

Kable rozruchowe z tyłu, mówisz? Wezmę to!
Oscar Isaac jest przekonujący od pierwszego do ostatniego kadru jako Baron Frankenstein, pomimo tego, że ma śmieszną fryzurę, gra teatralnie i często przesadnie z rodzajem staroświeckiej zdolności, włączając w to całą gwarną gwarę teatralną i szalone wybory kostiumowe. Mniej zdolny odtwórca głównej roli z pewnością mógłby zepsuć wielką wizję Del Toro, ale nie Oscara, ponieważ ten człowiek jest naprawdę zawsze niezmiennie doskonały. Ma zdolność do zmiany tempa własnych monologów i dialogów, co ogromnie wzbogaca opowiadaną historię. Ze spokoju i z metodycznym, pozbawionym emocji stoicyzmem nierzadko daje się przytłoczyć własnym emocjom i pozwala się prowadzić przez nie przez całe kluczowe sceny. Obecność i naturalna intensywność Isaaca działają tutaj niesamowicie dobrze i jest tak dobry, że mam szczerą nadzieję, że będzie w rozmowach na temat ewentualnego złotego chłopca na początku 2026 roku.
Jacob Elordi w roli potwora jest również absolutnie genialny. Del Toro zdecydował się zinterpretować opis Shelleya o zszytej bestii z mięsa nieco inaczej niż poprzedni filmowcy, tworząc postać, która jest równie ohydna i fizycznie groźna, co piękna i wrażliwa. To oczywiście jest kluczem do bardziej romantycznego tonu, z jakim opowiedziana jest historia, a Elordi ma rzadką zdolność do mieszania pewnego rodzaju groźnej elegancji z wybuchami wściekłości i pokazami swojej nieco niezrównoważonej siły, w tym podnoszeniem atakujących wilków i składaniem ich na pół, jakby były patyczkami do lodów.
Za kamerą stanął Del Toro, który po raz kolejny stanął w roli Duńczyka Dana Laustsena, który stoi za nieznośnie pięknymi obrazami, które składają się na wszystko, od Crimson Peak po Shape of Water. Zdjęcia przez 149 minut Frankenstein są tak zniewalająco piękne, co dzięki fenomenalnemu projektowi artystycznemu Brandta Gordona i Celestrii Kim sprawia, że jest to zdecydowanie najpiękniejszy film fabularny roku. Muzyka też jest fantastyczna. Zdobywca Oscara Alexandre Desplat (nagrodzony za muzykę do filmu "Kształt wody") miesza rodzaj gotyckiej grozy i gniewnej intensywności z wieloma bardzo pięknymi, zamaszystymi utworami, które przyczyniają się do tego uroczego poczucia ponadczasowego, staromodnego opowiadania historii, które Del Toro robi tak dobrze.

Epicka, piękna opowieść.
W świecie filmowym, w którym 99% wszystkiego, co wypuszcza się na rynek, to albo remake'i/rebooty, albo bardziej martwe mózgowo, pozbawione tożsamości filmy o superbohaterach, nakręcone prawie wyłącznie przed zielonym ekranem, niesamowicie miło jest przypomnieć sobie za pośrednictwem takiego filmu to, do czego w zasadzie stworzono tę formę rozrywki. Wspaniałe, wciągające, klimatyczne i piękne bajki, które oczarowują i sprawiają, że w 149 minutach czuje się jak w 14. Czapki z głów, Guillermo.
Gamereactor Polska