Dept. Q
Netflix bierze powieść Jussiego i przenosi ją do Szkocji w zaskakująco solidnej interpretacji.
Mówcie, co chcecie, o Jussim Adlerze-Olsenie, jego powieściach o niekonwencjonalnym śledczym Carlu Mørcku i klasycznych powieściach kryminalnych, takich jak książki Department Q, ale odniosły one ogromny sukces - nie tylko tutaj w kraju, ale na całym świecie, na fali fascynacji "nordic noir" za granicą, która w ciągu ostatnich 20 lat zapewniła podobny sukces innym skandynawskim kryminałom.
Było więc nieuniknione, że Department Q zostanie na dłuższą metę odebrany na arenie międzynarodowej, ale zamiast wspaniałej adaptacji filmowej, Netflix nabył prawa, aby przedstawić nam inne spojrzenie na tę samą historię, znaną z grubsza wielu Duńczykom jako "Kvinden i Buret" lub "Strażnik przegranych spraw". Pierwsza książka z serii liczącej obecnie 11 książek.
A Netflix faktycznie podejmuje szereg kreatywnego ryzyka z materiałem źródłowym, co sprawia, że jest to dość przekonujący i ostatecznie wciągający i dobrze skonstruowany serial kryminalny, który zasługuje na szczególne uznanie za wzięcie tego, co prawdopodobnie można nazwać dość solidną narracją i zabawę czasem i miejscem.

Widzisz, to jest historia Carla Mørcka, Akrama Salima i Merete Lynggaard, ale zamiast dać nam rodzaj interpretacji duńskiego systemu prawnego, duńskiego krajobrazu i duńskich norm kulturowych, serial przenosi akcję aż do Szkocji, a nie tylko wykorzystuje głównie szkockich aktorów z najgrubszym akcentem, jaki można sobie wyobrazić. ale także zakotwicza historię w szkockiej geografii, scenografii i kulturze.
Być może jest to trochę sztuczka, a wierni fani powieści mogą szydzić z tej potrzeby, aby sceneria była bardziej przystępna dla anglojęzycznej publiczności, ale jest to dalekie od typowej "amerykanizacji", którą widzimy w hollywoodzkich interpretacjach. Nagle staje się to ekscytującym spojrzeniem na Szkocję jako naród, jako kulturę i jako miejsce, które jest skutecznie sportretowane w ciągu dziewięciu odcinków, które trwają - a jednocześnie główna narracja o The Keeper of Lost Causes jest również poprowadzona z wdziękiem i elegancją. Fabuła jest obecna, ale ta inna sceneria jest płynnie wpleciona w narrację.
Matthew Goode jest więc "Carlem Morckiem" i wykonuje godną pochwały robotę, zwłaszcza po tym, jak jego postać po kilku odcinkach nieco bardziej zrywa ze swoimi niemal karykaturalnymi ramami. Morck ma być "niesympatyczny", antybohaterem, nieudanym, ale niezwykle utalentowanym policjantem, który zmaga się z wewnętrznymi demonami, ale na początku Goode kieruje swoją sarkastyczną energię na wszystkich, a w końcu za każdym razem, gdy to robi, przewracasz oczami, a to zdarza się zdecydowanie zbyt często. Na szczęście, wraz z postępem serii, Morck zaczyna kierować całą swoją apatię i gniew na rozwiązanie tej sprawy, a zatem seria nabiera kształtów i kończy się znacznie mocniej niż się zaczyna.

Goode jest wspomagany przez Alexeja Manvelova, który po mistrzowsku wykonuje swoją pracę jako Akram Salim. Podobnie jak Fares Fares w skądinąd świetnym duńskim filmie opartym na tej samej powieści, jest kotwicą historii, katalizatorem, który wstaje z krzesła Morcka i jest bez wątpienia najbardziej przekonującą, żywą i wiarygodną postacią w serialu. Reszta obsady również daje z siebie wszystko, począwszy od psycholożki Kelly Macdonald, która gra Rachel Irving, a w szczególności Chloe Pirrie, która ma o wiele bardziej fizyczne i wymagające zadanie zagrania ofiary, Merrit Lingard.
Rezultat jest odpowiednio mroczny, ale też nieco łatwiejszy do strawienia niż wiele podobnych kryminałów inspirowanych nordycką, w których jest trochę więcej miejsca na uśmiech, bezczelną uwagę lub prawdziwą sprawiedliwość w świecie, który może wydawać się mroczny i przygnębiający.
Dept. Q (nazwa serialu) potrzebuje kilku odcinków, aby się rozkręcić, a Goode potrzebuje również kilku odcinków, aby otworzyć postać Morcka, ale Dept. Q jest bez wątpienia godne polecenia, a biorąc pod uwagę, jak dobrze się kończą, są wszelkie powody, aby mieć oko na to, co showrunnerzy, którzy za tym stoją, wymyślą dalej.
Gamereactor Polska