Gamereactor

Gamereactor
Filmy
Deathstalker

Deathstalker

Mackan pozwolił sobie na Deathstalker – odważny, głupkowaty list miłosny do radosnych lat 80. i klasycznej franczyzy Rogera Cormana...

Są chwile, gdy musisz się zatrzymać, wziąć kilka dodatkowych oddechów i uszczypnąć się, żeby upewnić się, że nie śnisz. Bo kto by pomyślał, że Deathstalker, jeden z najbardziej szalonych bohaterów lat 80., zostanie wskrzeszony po niemal czterech dekadach milczenia i ożywi klasyczny gatunek miecza i magii – ze wszystkim, co do niego należy, i jeszcze więcej. Od sandałów i lateksowych kombinezonów po zwariowanych czarodziejów, spocone mięśnie i autoironicznych bohaterów. Krótko mówiąc, to klasyczna fantastyka w menu od Stevena Kostanskiego, człowieka, który kilka lat temu podarował światu Psycho Goremana.

Efekt jest chyba tak fantastyczny, jak można sobie wyobrazić. Dla mojego maniaka gatunku to było trochę jak Boże Narodzenie i urodziny w jednym – 100 minut bezwstydnego machania mieczem i krwi tryskającej we wszystkie strony. Deathstalker jest jednocześnie wyzwalająco głupkowaty i bezwstydnie szczery, pełen osobowości, energii i miłości do swojego rzemiosła. Założenie jest tak proste, jak cudownie, cudownie głupie. Daniel Bernhardt to Deathstalker – niepotrzebnie twardy poszukiwacz przygód i były żołnierz armii królowej, który przypadkowo natrafia na złoty amulet. Plan był prosty: sprzedać go i żyć dobrze. Ale (oczywiście) szybko okazuje się, że amulet jest przeklęty, pełen mrocznych mocy i całkowicie niemożliwy do pozbycia się. Co gorsza, Necromemnon, najbardziej zły drań w królestwie, poluje na amulet.

"Nie, nie chcę kupować żadnych świątecznych magazynów!"

To początek epickiej przygody pełnej zmutowanych gumowych potworów, złych czarodziejów i opancerzonych świń. Wszystko jest zgodne z oryginałem z 1983 roku i jego czterema kontynuacjami, ale też znacznie bardziej zabawne, głupkowate, brutalne i celowo humorystyczne. To proste w najlepszy możliwy sposób. Jak klasyczna przygoda Dungeons & Dragons wyjęta prosto z biurka Gygaxa. Kostanski nie próbuje komplikować spraw. Pozwala historii toczyć się dalej z klasycznym patosem lat 80.: miecze, czarodzieje, półnadzy wojownicy i miękkie potwory w gumowych maskach. Wyobraź sobie, że Conan Barbarzyńca spotyka Beastmastera z odrobiną Krulla – zanurzonym w floatie. Jest, w odpowiednim sensie, uroczy i absolutnie cholernie wspaniały.

Nic dziwnego, że to właśnie w efektach praktycznych Deathstalker naprawdę błyszczy, co stało się swego rodzaju znakiem rozpoznawczym Kostanskiego. Bo tak jak w Psycho Goreman i The Void, oferuje to klasyczne kino. Brak plastikowych efektów komputerowych, lateksu, rozprysku krwi, protez i ręcznie robionych lalek. W sposobie, w jaki film przedstawia swoje stworzenia, czuć dziecięcy entuzjazm; Są równie żartem, co horrorem i trudno ich nie kochać.

Odświeżające jest też, jak film przyjmuje własną kampową atmosferę, a Kostański naprawdę rozumie podstawowy materiał. Miecz i magia nie jest poważną fantastyką, choć "dobre stare filmy" często były niezamierzenie parodijne. Deathstalker natomiast doskonale wie, czym to jest, a wszystkie dialogi są wypowiedziane z wyraźnym patosem – jakby aktorzy bawili się w jaskini w lesie – satyrą, która działa.

Deathstalker kontra Power Rangers.

Ponadto Daniel Bernhardt jest niemal perfekcyjny w tej roli. Gra bohatera zmęczonego najemnika, kogoś, kto wolałby po prostu siedzieć przy barze w tawernie i pić miód pitny. Ale nieświadomie staje się bohaterem zmuszonym do ratowania świata. Reszta obsady również jest wdzięcznie barwna. Z lekko histerycznym magikiem Doodadem, szybkim złodziejem Brisbayne i (oczywiście) pijakiem Nekromemnonem – zagranymi jako pokręcona mieszanka Szekspira i amerykańskiego zapaśnika.

Ale przede wszystkim jest coś wspaniałego w oglądaniu grupy aktorów, którzy naprawdę się bawią. Ich energia jest odczuwalna na ekranie telewizora, a ich podejście ogromnie podnosi poziom filmu. Dają z siebie wszystko, zwłaszcza w bardziej wymagających fizycznie scenach. I to uczucie przenika całą produkcję, która wyraźnie jest pełna ludzi, którym naprawdę zależy – nie tylko śmiejąc się z przeszłości i wyśmiewając – ale także oddając hołd temu, co kiedyś było. Od brudnej palety kolorów, przez migoczące światła, gęsty dym wypełniający wiele scen, aż po głupią muzykę pełną zniekształconych gitar i perkusji.

Oczywiście nie wszystko jest idealne, a niektóre sceny zbyt mocno spadają, by najlepiej opisać czystą psotę lub balansowały niebezpiecznie blisko krawędzi. Zdecydowanie nie jest to film dla mas i jest głośny, chaotyczny i – z myślą o bardzo niszowej widowni. Ale dla tych z nas, którzy dorastali na tanich egzemplarzach Conana i mają niezdrową słabość do ręcznie malowanych plakatów, plastikowych mieczy i śmieci, Deathstalker to jak ciepły, nostalgiczny uścisk, którego nigdy nie chcesz kończyć. To nie zmieni świata, ale na pewno sprawi, że Twój wieczór będzie przyjemniejszy. Więc usiądź wygodnie w fotelu, przyciemnij lampę lawową i pozwól się porwać światu potworów, magii i bezwstydnych bzdur.

Potwór z piekła rodem.

09 Gamereactor Polska
9 / 10