Devil May Cry - Sezon 1
Weteran Castlevanii, Adi Shankar, zamienia kultową serię Konami na ulubioną przez fanów Capcomu.
Za wady, które ma Netflix, należy docenić wysiłki platformy streamingowej w zakresie adaptacji gier wideo. W przeciwieństwie do innych gigantów produkcyjnych, którzy najwyraźniej starali się wziąć bardziej mainstreamowe i popkulturowe fenomeny i przetłumaczyć je na jakąś pokręconą alternatywę aktorską lub animowaną, Netflix porzucił to podejście, zagłębił się w skarbnicę własności intelektualnej - która nie jest nawet często używana w branży gier - aby wyprodukować kilka różnych projektów, w których autentyczność i zaspokojenie prawdziwych fanów wydaje się być intencją. Ta filozofia doprowadziła do Arcane, Castlevania, Dragon's Dogma, Pokémon Concierge, The Cuphead Show, Tekken: Bloodline, Tomb Raider, Cyberpunk: Edgerunners, Dragon Age: Absolution, Captain Laserhawk: A Blood Dragon Remix i innych. Tak, jakość tych projektów jest różna, ale zazwyczaj są one lepsze niż gorsze, z prawdziwymi perełkami.
Jednym z twórców, którego Netflix wykorzystał w przeszłości, aby rozwinąć swoją trajektorię w tej filozofii, jest Adi Shankar, ta sama osoba, która pomogła sprowadzić na świat Castlevania i jego spin-off Castlevania: Nocturne, a także Captain Laserhawk. Teraz Shankar porzuca słynną serię Konami na rzecz projektu Capcom, a kolejne duże zadanie obraca się wokół Devil May Cry. Biorąc pod uwagę, że jest to wysiłek anime Netflix wyprodukowany przez Shankara, można już wyrobić sobie dość jasny obraz tego, jak to wygląda, ale kluczowe pytanie brzmi po prostu... Czy to działa?
Ten ośmioodcinkowy sezon jest uosobieniem Devil May Cry. Temat i ton są absolutnie na miejscu, z tempem bez hamulców, hałaśliwą i szaloną akcją, zapadającymi w pamięć (często pokręconymi), ale niezaprzeczalnie fajnymi postaciami oraz niezliczonymi głupimi i dowcipnymi dowcipami wypiekanymi na każdym kroku. W przeciwieństwie do serii takich jak Castlevania, które prezentowały bardziej budowanie świata i bardziej stabilną, bardziej emocjonalną narrację, Devil May Cry zaczyna się z przytupem, a następnie kontynuuje pokaz fajerwerków trwający około czterech godzin. Jest to przyprawiające o szybsze bicie serca, ekscytujące, ekscytujące i być może czasami nieco przytłaczające. Dziwnie przypominało mi to Crank...
Więc tak, akcja i tempo to jedna z najmocniejszych cech tego serialu. Idealnie sprawia wrażenie japońskiej gry akcji z absurdalnie ekscentrycznymi, maniakalnymi postaciami oraz walkami i bitwami, które wyrzucają jakiekolwiek poczucie realizmu przez okno. Posiadanie Studio Mir jako domu animacji pozwala na realizację tego z doskonałym efektem. Nie będziesz chciał wziąć oddechu ani nacisnąć pauzy, będziesz chciał po prostu przedzierać się przez odcinki, aż przekroczysz crescendo i kurtyny opadną, a nawet wtedy będziesz chciał więcej. Jest to prawdopodobnie najbardziej gorączkowa i dzika adaptacja gry wideo, jaką do tej pory widziałem, ale ponieważ mówimy o Devil May Cry, wydaje się, że jest to po prostu w porządku.
Jest jednak pewien haczyk w tej strukturze, a mianowicie to, że postacie tak naprawdę nie mają czasu na oddech ani na rozwój. Tu i ówdzie pojawiają się małe retrospekcje, a nawet odcinek w połowie sezonu, który próbuje wykonać wiele z tych ciężkich zadań, ale w przypadku większości głównych bohaterów zostajesz z konfiguracją, która w dużej mierze opiera się na ekspozycji, subtelnych ukłonach w stronę rodziny głównego bohatera Dantego, przeszłości Mary, a nawet głęboko zakorzenionej nienawiści wiceprezydenta Bainesa (głosu użyczył mu nieżyjący już Kevin Conroy). Z tego powodu Devil May Cry faktycznie brakuje trochę w elemencie fabularnym i narracyjnym, chociaż nie sądzę, aby był to poważny problem, ponieważ prezentacja, a w szczególności ścieżka dźwiękowa, jest tak napięta i głośna, że zagłusza prawie wszystko inne.
Jeśli grunge i metal to twój dżem, to Devil May Cry absolutnie będzie z tobą rezonować. Nie tylko Shankarowi udało się nakłonić Evanescence do napisania nowej piosenki, która będzie motywem przewodnim tego serialu, ale także Papa Roach, Green Day i wiele innych. Nie mogło być więcej Devil May Cry i za to nie mam nic poza brawami.

Nie sądzę, że Devil May Cry będzie istnieć w tej samej gloryfikowanej atmosferze co Castlevania lub inne naprawdę specjalne adaptacje gier wideo Netflix, i nie będzie też dla wszystkich, ponieważ temat, przemoc, sama głośność i szalejący rytm oraz ton zostały stworzone, aby dotrzeć do fanów DMC. Ale jeśli to ty, jeśli jesteś kimś, kto naciskał, aby Capcom odkrył tę stylową serię w bardziej znaczący sposób, ten serial Netflix powinien cię uszczęśliwić jak małża... Albo demon na gęsto zaludnionej ulicy.
Gamereactor Polska